Katolicy, a tym bardziej katoliccy wychowawcy (również rodzice), mają szczególny problem z „obłudą”. Problem nie polega na tym, że rzeczywiście są obłudni (przynajmniej nie w takiej skali, jak się im zarzuca), ale na tym, że przeciwnikom oraz złośliwcom
łatwo przychodzi przylepianie im łatki hipokrytów.

Katolicki wychowawca z zasady stawia swoim wychowankom wysokie wymagania moralne, zatem sam powinien dawać przykład, osiągając duży stopień doskonałości moralnej. Gdy bowiem puszczą mu nerwy może usłyszeć: „Ty chcesz pouczać innych, weź się najpierw za siebie”. A co powiedzieć, jeśli zdarzą się grzechy cięższego kalibru?

Przeżyć dwadzieścia lat i zawsze panować nad nerwami przy dziecku, czy w inny sposób nie załapać się na miano „hipokryty”, to w praktyce zadanie niemożliwe. Czy zatem stajemy przed wyborem: albo hipokryzja, albo rezygnacja z ideałów wychowawczych?

Wydaje się, że istnieje rozwiązanie pośrednie.

Jest to fragment artykułu, który wszedł do książki: ===> „Nieposłuszne dzieci, posłuszni rodzice”.

Grafika: OpenClipart