System oświaty jest prostą konsekwencją preferowania przez decydentów określonej wizji świata, która w przełożeniu na konkretną politykę edukacyjną, skutkuje analogicznymi do tej wizji rozwiązaniami. Nie można zatem naiwnie myśleć, że każda reforma edukacyjna opiera się na oderwanych od jakiejkolwiek filozofii, pragmatycznych postulatach pedagogicznych, sformułowanych na dodatek przez „zespół apolitycznych i aideologicznych fachowców”.

Przy reformowaniu struktur szkolnictwa reformatorzy zawsze muszą ustosunkować się do przynajmniej  dwóch kwestii: „wolności” i „równości”. W odniesieniu do pojęcia „wolności” – oświatowa lewica stoi na stanowisku, iż wola jest całkowicie zależna od sądów umysłu, który kształtowany jest głównie przez środowisko zewnętrzne. Z kolei prawica, która odwołuje się do klasycznej filozofii,  uważa zazwyczaj, iż między wolą a umysłem zachodzi coś w rodzaju wzajemnej współpracy. Z jednej strony sądy umysłu praktycznego wpływają na decyzje woli, ale z drugiej – wola niekoniecznie musi zadowalać się nimi i być im ślepo posłuszna.

To prawda, że wybór dokonywany jest pod wpływem sądów rozumu, ale wola w nich niejako „przebiera”, decydując, który sąd jest sądem ostatnim. Realistyczne rozumienie wolności człowieka wyklucza więc ślepy determinizm, a to, jak się okaże w dalszej części tekstu, ma znaczenie również dla tworzenia, takiej, a nie innej struktury szkolnictwa.
Z kolei w kwestii równości, materialiści a za nimi lewica, mają skłonność do nie uznawania oczywistych różnic między ludźmi, twierdząc, że są one wypadkową oddziaływania środowiska i kultury. Takie stanowisko implikuje potrzebę rewolucji społecznej i kulturowej, która doprowadzi do idealnej równości wszystkich ze wszystkimi. Jednym z ogniw tej rewolucji ma być właśnie szkoła.

Prawica ma w sprawie równości odmienne zdanie. Uznaje oczywisty fakt, iż każdy człowiek posiada własną godność. Jednak uznaje, że między ludźmi istnieją różnice wynikające np. z odmiennych typów układu nerwowego, uzdolnień, zainteresowań, wpływów zewnętrznych itp. Stąd bierze się różnorodność postaw i zachowań u młodzieży.

Sposób rozwiązania powyższych zagadnień, jak już wspomniano,  ma zasadniczy wpływ na preferowany model struktury szkolnictwa. Zwolennicy materialistyczno-deterministycznego (czytaj: socjaliści) rozumienia wolności, niejako w sposób automatyczny będą dążyli do maksymalnego wydłużenia czasu nauczania na poziomie elementarnym, pod pretekstem „wyrównania szans edukacyjnych” dzieci. Jednocześnie, dążąc do równości za wszelką cenę, będą ograniczali wszelkie przejawy selekcji uczniów w szkole. Ich podstawowe założenie bowiem brzmi: gorsze wyniki nauczania, nie wynikają z braku uzdolnień czy lenistwa uczniów, lecz są jedynie skutkiem zaniedbań ze strony środowiska rodzinnego.
Oczywiście, nie da się wykluczyć takich zaniedbań. Pytanie tylko czy: po pierwsze – system oświaty należy organizować tak, aby dzieci zaniedbane wychowawczo kształcić razem z dziećmi nie sprawiającymi kłopotów? Po drugie – czy przyjęcie zasady, że państwo (szkoła) wie lepiej co jest dla dziecka dobre, aniżeli rodzice, jest optymalnym rozwiązaniem?
W nawiązaniu do pierwszej kwestii należy stwierdzić, że brak jakiejkolwiek selekcji będzie wpływał na obniżenie poziomu oświaty. Przy tym warto zaznaczyć, że przeciwnicy selekcji popadają w sprzeczność. Chętnie wskazują na negatywne skutki życia w patologicznej rodzinie i forsują rozwiązania prawne ingerujące w życie takiej rodziny. Jednocześnie nie przeszkadzają im gdy patologiczni uczniowie rozbijają życie klasy szkolnej. W taki układ nie chcą ingerować, powołując się na konieczność integracji młodzieży z różnych środowisk. Bagatelizują opłakane skutki oddziaływania zdeprawowanego środowiska rówieśniczego w klasie. Jeśli zatem lewicowcy uznają konieczność ingerencji w życie rodzinne, dlaczego nie uznają go w szkole?
Odpowiadając zaś na drugie pytanie, trzeba jeszcze raz przypomnieć, że oddanie wychowania w ręce państwa zawsze będzie stwarzało pokusę do nadużyć; do tego, by politycy oświatowi usiłowali kształtować dzieci z pominięciem woli rodziców. Nawet, jeśli robi się to w szczytnym celu „wyrównywania szans”, to mimo wszystko stwarza się pole do nadużyć.
Inaczej będzie wyglądała sytuacja z punktu widzenia filozoficznych realistów. Oni będą raczej opowiadali się za roztropną selekcją młodzieży w szkole, aby nie doprowadzić do rozszerzenia się patologii. Każdy człowiek myślący zdroworozsądkowo musi uznać różnorodność charakterów ludzkich i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Nie znaczy to, że młodzież zaniedbana, mniej zdolna, czy ucząca się wolniej ma być skazana na życiową porażkę. Wydaje się, że system oświaty powinien uwzględniać drogę edukacyjną, dającą szansę tej młodzieży, ale na pewno nie kosztem dzieci uczących się szybciej i łatwiej. Łączenie na siłę zdolnych i mniej zdolnej, czy tych o skłonnościach do zachowań patologicznych i tych rozwijających się prawidłowo, nie tyle mobilizuje słabszych, co destrukcyjnie wpływa na lepszych. W wieku dorastania, gdy psychika nie jest do końca ukształtowana, a charakter jest jeszcze chwiejny, większą szansę na zwycięstwo ma to, co hołduje niższym instynktom i słabościom. Kilka osób o zachowaniach patologicznych z łatwością przejmie „przywództwo” w klasie, doprowadzając do jej moralnego rozbicia.
Kierunki odwołujące się do teorii deterministycznych i skrajnie egalitarystycznych (generalnie lewicowych) będą zatem dążyć do ujednolicenia szkolnictwa i jego wydłużenia na poziomie elementarnym w celu tzw. „wyrównania szans”, zaś przedstawiciele realistycznej filozofii (generalnie konserwatywna-prawica) starają się skracać czas nauczania elementarnego, wprowadzając częstą selekcję i różnicując ustrój szkolny.