Zgodnie z założeniem,  aby na tym blogu zgromadzić wszystkie moje teksty pedagogiczne, przypominam jeden  ze starszych artykułów  (niemniej wciąż aktualny). 

Polska szkoła w latach dziewięćdziesiątych XX w. była przedmiotem gorących sporów o charakterze ideologicznym. Tematem debaty, wywołującej największy rezonans społeczny było miejscem religii w systemie edukacji, ale spierano się również o metodę wychowania młodzieży w kontekście lansowanego wówczas tzw. “bezstresowego wychowania”. Propagowanie permisywizmu pedagogicznego i powiązanych z nim nowinek zaowocowało osłabieniem funkcji wychowawczych polskiej szkoły.

 Znamienne, że dzisiaj elity rządzącej Platformy Obywatelskiej starają się unikać ostrych konfrontacji ideologicznych, pozując na pragmatyków, których interesuje jedynie “skuteczność i efektywność” szkolnictwa. Ale ta rzekoma “aideologiczność” to tylko pozory.

Jak wyzwalano dzieci?

Zmiana systemu politycznego w latach dziewięćdziesiątych wiązała się z wychowaniem “nowego człowieka”, co z kolei wymagało zastosowania nowoczesnych, wolnościowych metod. W tym celu czerpano z różnych ideologii, które generalnie wiązały się z tzw. modernizmem i postmodernizmem pedagogicznym. Pedagogiczną mentalność sporej części ówczesnych elit (a i obecnie mającą wielu przedstawicieli), wyraża w sposób uskrajniony postawa pedagogiczna Aleksandera S. Neill’a, założyciela Szkoły Summerhill pod Londynem, która od lat dwudziestych ubiegłego stulecia jest „wzorem” i swoistym punktem odniesienia dla wszystkich anarchizujących pedagogów i psychologów. S. Neill stał na stanowisku (za Z. Freudem), jakoby dyscyplinowanie młodzieży przyczyniało się do powstawania nerwic. Z tego względu wszelkie tradycyjne metody wychowania miały być nieskuteczne. Prawdziwa „terapia” pedagogiczna polegała na daniu upustu popędem i egoizmom, by nie odkładały się w podświadomości. W praktyce wychowawczej takie poglądy doprowadzały do kuriozalnych sytuacji. Jak wyznaje Neill pewna uczennica kopała go kiedyś przez godzinę. On nie reagował, obawiając się, że agresja odłoży się w podświadomości dziewczynki. Innym razem ośmioletnie dziewczę nazwało go głupcem. Dyrektor Summerhill tłumaczył to … negatywnym sposobem wyrażania miłości przez uczennicę.

Trzeba przyznać, iż tak skrajne poglądy jak założyciela Summerhill, mimo wszystko nie znajdowały akceptacji społecznej, dlatego podawano je w “rozrzedzonej”, bardziej “zjadliwej” formie. Mówiono zatem nie o wyzwalaniu uczniów, ale o tzw. demokratyzacji relacji nauczyciel-uczeń (w praktyce polegającej na osłabieniu pozycji nauczyciela w sytuacji wychowawczej), stopniowym odchodzeniu czy łagodzeniu wymagań i kar (efekt – paradoksalne zwiększenie brutalizacji zachowań uczniów w szkole) czy lansowaniu ideologii praw ucznia (podważanie zaufania dla nauczycieli i wychowawców szkolnych).

Ta ofensywa ideologiczna uwidoczniła się nie tylko na płaszczyźnie propagandowej, ale znalazła również zwolenników wśród włodarzy polskiej oświaty (szczególną rolę odegrały tu środowiska powiązane z UD i UW). Z czasem została przełożona na prawodawstwo szkolne, programy wychowawcze czy tematykę szkoleń nauczycielskich. Ideologia “wychowania bezstresowego” stała się dominującą tematyką na wychowawczych kursach i sympozjach organizowanych dla nauczycieli, a jej specyficzna retoryka zaczęła obowiązywać niemal w każdej w debacie o problemach szkolnictwa.

Piar a uczniowska kreatywność

Dzisiaj – trzeba to przyznać – ta rewolucyjna atmosfera tamtych lat nieco osłabła. Oczywiście: “dialog”, “tolerancja”, “prawa ucznia”, to wciąż aktualne tematy w dyskusjach o oświacie, ale obecne kierownictwo resortu bardzo ostrożnie podejmuje działania w tym zakresie. Przyczyn takiego stanu rzeczy, jak się wydaje jest co najmniej dwie. Po pierwsze: pewne ideologiczne cele związane z “uwalnianiem uczniów” spod dominacji nauczycieli zostały osiągnięte już wcześniej. Uczniowie mają przecież swoje “prawa” zapisane w szkolnych statutach i wywieszone w widocznym miejscu w klasie bądź na korytarzu szkolnym. Słowem – nie ma za bardzo o co kruszyć kopii. Po drugie: “bezstresowe wychowanie” skompromitowało się w wymiarze społecznym i generalnie źle się ludziom kojarzy, dlatego ze względów propagandowych (a ten rząd żyje głównie z piaru) unika się spektakularnych akcji nawiązujących do problematyki uczniowskiej wolności. Choć, o ile to możliwe, gdy inicjatywa wydaje się być propagandowo bezpieczna, takie działania są oczywiście podejmowane.

Taki przypadek miał miejsce przy znoszeniu obowiązku noszenia mundurków przez uczniów. Jednolity strój uczniowski dla edukacyjnych postępowców jest przejawem ograniczania “ekspresji” młodzieży oraz tłumienia jej “wolności i kreatywności”. Z tego względu, ten głośny medialnie pomysł poprzedniej ekipy był tak energicznie zwalczany w liberalno-lewicowych mediach. Również część rodziców i dyrektorów była mu przeciwna. Co należy jednak odnotować, wielu przedstawicieli tych środowisk nie odrzucało potrzeby uporządkowania kwestii strojów uczniowskich na terenie szkoły, lecz skłaniała się raczej do odmiennych rozwiązań, niż te zaproponowane przez min. Romana Giertycha.

Inni z kolei byli przeciwni mundurkom z całkiem prozaicznych powodów, na przykład finansowych. Dla sporej grupy rodziców bowiem ministerialny pomysł sprowadzał się do jeszcze jednego wydatku w budżecie domowym. Analogicznie część dyrektorów operację: “wprowadzenia jednolitych strojów uczniowskich” postrzegała, jako niepotrzebne i zanadto absorbujące kadry szkolne zadanie logistyczne (“jeszcze jeden kłopot”). Na to nakładała się, zręcznie sterowana medialnie, niechęć do poprzedniego szefa resortu. W efekcie to wszystko po trosze złożyło się na brak społecznych protestów w obronie “mundurków”.

Stratedzy Platformy Obywatelskiej bardzo dobrze wyczuli tu nastroje społeczne i nie omieszkali pozbyć się jednolitych strojów szkolnych. W ustawie dano co prawda wybór dyrektorom i rodzicom (ciekawe dlaczego tego wyboru nie pozostawia się rodzicom sześcioletnich dzieci?), biorąc jednak pod uwagę przedstawione wyżej okoliczności dla większości szkół oznacza to w praktyce przywrócenie “wolnego i kreatywnego” stroju uczniów. W taki oto sposób “pragmatycy” “odbili z rąk tradycjonalistów” ten element funkcjonowania szkolnictwa państwowego.

Generalnie jednak, tak jak już wspomniano, Platforma Obywatelska nie koncentruje się na walce o uczniowskie wolności. Rzuca się w oczy inne rozłożenie akcentów. Nie znaczy to oczywiście, iż mamy do czynienia z rezygnacją z postmodernistycznej i modernistycznego postrzegania edukacji (o czym świadczy powyższy przykład). Można powiedzieć, że obecna ekipa wprowadza “rewolucję” na innym “odcinku” szkolnictwa. Aby uświadomić o co tym razem chodzi potrzebna będzie pewna historyczna dygresja.

Na czym polega kształcenie niewolnicze?

W starożytności ludzie wolni zdobywali ogólne wykształcenie zgodnie z ideałem enkyklios paidea, ucząc się nauk i sztuk odpowiednich dla ich pochodzenia społecznego (tzw. sztuk wyzwolonych). Artes liberales uczyły umiejętności liczenia, pisania, przemawiania, logicznego wnioskowania, czyli rozwijały ogólne predyspozycje intelektualne człowieka. W przeciwieństwie do nich ludzie niższego stanu i niewolnicy przeważnie nabywali umiejętności w ramach artes serviles (sztuk niewolniczych). W sztukach niewolniczych główne zadanie sprowadzało się do wykorzystania zwinności i siły do wytworzenia przedmiotów użytkowych. Były to umiejętności o charakterze praktycznym przy wykorzystaniu określonych, powtarzalnych czynności. Działo się to oczywiście kosztem rozwoju intelektualnego.

Z doświadczeń antycznych wypływa ważny wniosek dla współczesnych. Wolny człowiek powinien usprawnić swoją naturę w wymiarze duchowym, intelektualnym, moralnym i fizycznym, a nie zaprawiać się od urodzenia do służby. Wychowanie ma dopełnić naturę, tak by człowiek udoskonalił się, przygotowując do dorosłego życia. Jak ten postulat przekłada się na współczesną politykę oświatową? Otóż, musi być ona tak zorganizowana, aby nie zaniedbywała solidnego wykształcenia ogólnego. Najpierw trzeba usprawnić człowieka (wyzwolić) w ramach indywidualnych potencjalności, a dopiero później kształcić w kierunku sprawności użytecznych (zawodowych). Preferowanie “praktycznej edukacji” i zaniedbywanie ogólnej, choćby najwznioślej motywowane, zawsze skrywa za sobą podejrzenie o chęć ideologizacji kształcenia i takie wyedukowanie obywateli, by łatwiej realizowali z góry wyznaczone cele polityczne, w praktyce podporządkowane budowaniu kolejnej utopii społecznej.

Polityczne tendencje do zastąpienia klasycznej edukacji wysokiej, nastawionej na osobowy rozwój ucznia, edukacją niewolniczą, przystosowującą do służby rządzącym znalazły silne intelektualne wsparcie już u myślicieli epoki Odrodzenia i Oświecenia. Bacon, Kartezjusz, Komeński, Pestalozzi, Rousseau dali podstawę intelektualną do usprawiedliwiania polityki oświatowej współczesnych dyktatorów. Przeniesienie akcentu w nauczaniu z theoria (poznania prawdy dla niej samej) na poiesis (użyteczność) dało efekt w pogardzie do wiedzy spekulatywnej, otwartej na poszukiwanie prawdy i wyakcentowało wiedzę technologiczną, jako jedynie przydatną z punktu widzenia władców. W tamtych czasach w kontekście kolonizacji świata, a później w kontekście budowania nowych, dwudziestowiecznych, ziemskich rajów opartych na wypaczonych ideologiach (por. ciekawe rozważania na ten temat w: prof. P. Jaroszyński, Nauka w kulturze, Radom 2002).

Wychowanie dzieci a polityka państwowa

Nietrudno zauważyć, że cechą polityki oświatowej Platformy Obywatelskiej jest akcent na praktycyzm (dawne kształcenie niewolnicze) oraz jej bezwzględne podporządkowanie interesom rządowym i unijnym. W tym znaczeniu wpisuje się ona w opisaną wyżej tradycję. Nasze dzieci w unijnej nowomowie to “zasoby ludzkie”, kształcone mają więc być przede wszystkim w kontekście przydatności dla gospodarki! Odnosi się wrażenie, że postulat kształcenia podporządkowanego rozwojowi indywidualnemu jest dla ludzi decydujących dziś o oświacie niezrozumiały i wręcz absurdalny. Uczeń kształci się, by być przede wszystkim trybikiem w gospodarce, by “radzić sobie na rynku pracy” – oto jego cel i zadania życiowe. Poznanie prawdy i dobra, zrozumienie kultury, mechanizmów funkcjonowania cywilizacji i historii narodu schodzi na drugi plan (jeśli w ogóle jeszcze jest na jakimś planie).

Przejawem takiej polityki są chociażby pomysły ministerstwa na profilowanie kształcenia w ostatnich klasach szkół ponadgimnazjalnych czy odchudzenie kanonu lektur. W działaniach tych przebija niezrozumienie dla wagi kształcenia ogólnego. Kształcenie ogólne, zwłaszcza humanistyczne, które dawniej spajało duchowo poszczególne pokolenia Polaków, a także dawało pewien kod kulturowy i moralny, zostaje wyraźnie marginalizowane.

Innym przejawem tego rodzaju polityki, jest pomysł z wysłaniem sześciolatków do szkół. Wśród argumentów podawanych za jego wprowadzeniem jest między innymi ten odwołujący się do demograficznych tendencji w gospodarce. Aby zrównoważyć rynek pracy w latach dwudziestych XXI wieku – jak czytamy w prasie – dzisiaj dzieciaki mają dusić się w przepełnionych szkołach i nieprzygotowanych świetlicach. “Jednostka jest zerem” – pisał komunistyczny poeta, jak widać obecnie również, pomimo zmiany ustroju, liczy się swoiście partyjnie postrzegana polityka państwowa i dla niej poświęca się dziecko.

Oczywiście, rząd w swej polityce powinien uwzględniać dalekosiężne cele ekonomiczne, ale nie tak mgliście pojmowane, jak akurat w tym przypadku i nie kosztem osobistego rozwoju obywateli. Młodym ludziom, których wyposaży się w gruntowne wykształcenie o charakterze klasycznym da się tym samym narzędzie do samodzielnego i twórczego myślenia. Paradoksalnie to właśnie oni staną się najlepszym kapitałem na przyszłość dla rozwoju państwa. Takie osoby nie będą już bezmyślnie powtarzały medialne slogany w przekonaniu, że to stworzone przez nich samodzielnie i twórczo poglądy. Redukowanie zaś ucznia do funkcji trybiku w machinie polityki państwowej skończy się w efekcie dalszą degradacją kulturową Polaków. Pytanie tylko, czy rządzący są w stanie to zrozumieć?