Szkoła jest instytucją, która od wieków przekazywała młodzieży kulturę i tradycję, umożliwiając trwanie narodów i cywilizacji. W minionym wieku pojawiły się jednak pomysły zmierzające do ograniczenia jej roli w edukacji. Czy w XXI w. mogą zaowocować one konkretnymi rozwiązaniami zmieniającymi dotychczasowy sposób organizacji oświaty?


Pomysły wzywające do zarzucenia lub przynajmniej ograniczenia funkcjonowania systemu szkolnictwa w znanej wszystkim formie częściej pojawiały się w środowiskach lewicowych, niż prawicowych. Spotykamy je u ideologów komunistycznych oraz u radykałów lewicowych z lat ‘60 i ’70, a także – choć tutaj motywacja była odmienna – u konserwatywnych działaczy prawicowych w krajach zachodnich.

Kołchoz zamiast szkoły



“Szkoła jest narzędziem w rękach panującej klasy społecznej i wraz ze śmiercią tej klasy zamiera” – pisał sowiecki pedagog W. Szulgin.
Upadek kapitalizmu w sposób logiczny zwiastował nadejście kresu krwiopijczych instytucji, w tym także szkoły. Jej miejsce miała zająć teraz fabryka, ewentualnie kołchoz, niosąc „kaganek oświaty” i oświetlając życiową drogę młodym komunistom:
„Nie w szkole ani w domu dziecka, nie w retorcie chemicznej pracowni. Nie. Jego [młodego człowieka – dop. D.Z.] rodzi fabryka, rolnicze przedsiębiorstwo produkcyjne, walka klasowa” – dowodził ekscentryczny, nawet jak na warunki sowieckie, pedagog.
Miejsce nauczycieli zajęli brygadziści:
„Tam nie będzie pedagogów, lecz kierownicy i organizatorzy ich pracy o odpowiednim poziomie kultury i właściwym podejściu do dzieci” – wieścił Szulgin (cytaty za: Szkoły eksperymentalne w świecie 1900-1975, red. W. Okoń, Warszawa 1977, s. 315-320).

Tacy radykałowi musieli wcześniej czy później popaść w konflikt z przywódcami sowieckimi. Szkoła bowiem jako instytucja była zbyt ważnym narzędziem indoktrynacji, żeby pozwolono sobie na takie ideowe fanaberie. Wkrótce przeciw Szulginowi wystąpiła sama N.Krupska i A. Łunaczarski, a definitywnie teorię „obumierania szkoły” potępiła uchwała KPZR z 1931 r. (cyt. za: tamże s. 325-326).

Che Guevara jako nauczyciel

Zbliżone pomysły miał w latach sześćdziesiątych Ivan Illich. Stworzył on w Portoryko specjalny instytut zajmujący się badaniem przemian cywilizacyjnych. Jego projekt „odszkolenia społeczeństwa” wpisywał się w ogólną atmosferę lat sześćdziesiątych, w których idee skrajnie lewicowe nabierały coraz większego rozpędu.

Idee te podjęli później antypedagodzy (np. R. Farsona, H. von Schoenebeck), którzy domagali się dla dzieci całych zestawów praw, a między nimi praw uwalniających od nauki szkolnej. O ile klasyczni antypedagodzy odwoływali się właściwie tylko do haseł typowo postmodernistycznych, doprowadzając do absurdu idee J.J. Rousseau, to I. Illich dodatkowo posługiwał się argumentami finansowymi, oraz powoływał się na wpływ przemian społecznych i cywilizacyjnych na system szkolnictwa.

Twierdził na przykład, że szkolnictwo nadmiernie obciąża budżety państwowe, że młodzież równie dobrze może być kształcona przez media czy zajęcia kursoryczne, że dorosły człowiek potrafi na kursach wieczorowych nauczyć się czytania i pisania w 6 tygodni, a równie dobrym miejscem do nauki może być partia maoistowska i oddział partyzancki.

W tym drugim przypadku powołuje się na Che Guevare, który „uważał oddział partyzantki za ostatni środek, dzięki któremu można uczyć ludzi prawdy o bezprawności panujących systemów politycznych” (I. Illich, Celebrowanie świadomości, Poznań 1994, przekł. A. Gomola, s.130).


Psychodeliczny odlot


W atmosferze lat sześćdziesiątych radykalne poglądy na temat systemu szkolnictwa głosili również twórcy ideologii „dzieci kwiatów”, a wśród nich dr Timothy Leary. Guru hippisów wzywał młodzież do „odpadnięcia od systemu”. Jednak rozwiązanie proponowane przez niego było radykalnie odmienne od pomysłów Szulgina czy Illicha.

Młodzi ludzie z kwiatami we włosach mieli nie tyle trafić na naukę do fabryki, co poświęcić się „walce o pokój” i uruchamianiu ukrytego potencjału swojego umysłu. Leary głosił bowiem, że człowiek nie wykorzystuje w pełni wszystkich możliwości swojego mózgu. Przeszkodą w osiągnięciu prawdziwej wolności i odkrycia “odmiennych stanów świadomości” jest tradycyjny, zachodni system edukacji.

Przestrzegał więc młodych ludzi przed zachodnimi instytucjami wychowawczymi, które miały ich „znieczulić”, „uśpić” i „unieruchomić mózg”. Szedł nawet dalej twierdząc, jakoby system edukacji: „prawdopodobnie wywoływał bezpośrednie fizjologiczne uszkodzenie w układzie nerwowym” (T. Leary, Polityka ekstazy, przekł. R. Palusiński). Według niego szkoła wdrukowuje pewne utarte schematy myślowe, które uniemożliwiają właściwy rozwój patencjału umysłowego. Żłobi ścieżki, z których ciężko się wydostać.

Gdy odrzucimy specyfikę tego mistyczno-biologicznego słownictwa otrzymamy stary roussowski schemat: po jednej stronie zły zachodni świata, który “wdrukowuje” ludzkości zniewalającą kulturę; po drugiej – prorocy “nowego, wspaniałego świata”, uszczęśliwiający młodzież.

Szkołę w tej wersji miały zastąpić bezpośrednie “iluminacje” czy “oświecenia” uzyskiwane przede wszystkim dzięki narkotykom i medytacji. Narkotyki przyśpieszały osiągnięcie stanu satori (oświecenia – termin ściągnięty z religii wschodnich). Ów stan ponoć uzyskiwano praktykując także techniki medytacyjne. Stąd moda wśród „dzieci kwiatów” na medytacje i doświadczenia z narkotykami.

Co prawda, „guru hippisów” był pionierem wykorzystania narkotyków w „oświacie”, ale przy tworzeniu swoich koncepcji korzystał z doświadczeń A. Huxley’a, który otwierał “nowe drzwi percepcji” zażywając meskalinę, oraz dr A. Hoffmana odkrywcy LSD. Leary kontynuował te eksperymenty, a następnie twórczo wykorzystał je w edukacji pokolenia flower pawer

Homeschooling

Wymienione wyżej poglądy miały podłoże lewicowe. Prawicowa kontestacja szkoły wychodzi z odmiennych założeń. Konserwatyści słusznie zauważają, że szkoła we współczesnej formie jest miejscem ciągłych eksperymentów i indoktrynacji, wspierając niejednokrotnie powszechną deprawację (patrz: np. problem edukacji seksualnej, narkotyków, „fali” itp.).

W swym krytycznym zapale część zwolenników edukacji domowej posługuje się argumentami „naturalistycznymi”, na przykład wysuwając argument stresogenności szkoły, stymulowanie przez nią problemów dyslektycznych itp. Nie wykluczone zatem, że i wśród nich są ludzie o mentalności antypedagogicznej.

Jednakże w perspektywie lewicowej ten typ edukacji postrzegany jest jako kaprys bogatych warstw społecznych, które mają pieniądze i czas na finansowanie oraz zajmowanie się domowym nauczaniem swych pociech. Dlatego w imię „równania szans”, a także poprzez fakt niebezpieczeństwa utraty kontroli nad edukacją, lewica (szeroko rozumiana) jest przeciwna rozluźnieniu uregulowań prawnych w tym zakresie, preferując filozofię równania w dół. Choć ze zdrowo rozsądkowego punktu widzenia prawo powinno dopuszczać kształcenie domowe, dając rodzicom szansę na wychowanie dzieci poza oficjalnym systemem oświatowym.

Homeschooling z pewnością może być formą ochrony dziecka przed negatywnymi wpływami szkoły. Jednak biorąc pod uwagę same nauczane treści sprawa nie jest już tak oczywista. Dzieci kształcone w domu i tak bowiem muszą zdawać egzaminy państwowe, a stawiane na nich pytania zawsze będą wiązały się z mniej lub bardziej zideologizowaną podstawą programową. Nie ma zatem mowy o całkowitym uwolnieniu się od oficjalnej ideologii państwowej.

Ruch edukacji domowej zdobywa coraz więcej zwolenników w krajach zachodnich, a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. W Polsce na razie znajduje się w powijakach i choć polskie ustawodawstwo daje możliwość edukacji w domu, to w praktyce rodzice napotykają na ścianę barier mentalnych trudną do pokonania.


Dylematy przyszłości


Współczesne systemy edukacyjne niosą generalnie agnostyczno-scjentystyczną wizję świata. Szukanie dla niej alternatywy przez konserwatystów jest zatem usprawiedliwione. Zdziwienie mogą budzić głosy przeciw szkole pojawiające się na skrajnej lewicy. Używając pewnego skrótu myślowego można powiedzieć, iż mamy tu do czynienia z klasycznym ideowym sporem pomiędzy reformatorskim skrzydłem (modernistami), a „jastrzębiami” (postmoderna).

„Reformatorzy” uważają szkołę za pożyteczne narzędzie ideologicznego urabiania dzieci i stoją na stanowisku, że można ją dostosować do warunków „demokracji”, np. stosując tzw. metody aktywizujące, dające większą inicjatywę uczniom, czy przerabiając nauczyciela-mistrza w „przyjaciela” bądź „przewodnika” (żeby wyrównać „patriarchalne” nierówności szkoły). „Jastrzębie” nie podzielają tego optymizmu. W ich mniemaniu szkoła niesie ze sobą „ziarna totalitaryzmu” i tego faktu nie zmienią żadne reformy.

Ponadto „wahadło demokratyczne” co chwilę wynosi do władzy tzw. partie prawicowe, które wyhamowują „postępowe” reformy. Co dla „jastrzębi”, i nie tylko, musi być bardzo drażniące. Ta otoczka ideologiczna mająca źródło w spieraniu się ze sobą różnych lewicowych koncepcji organizowania szkolnictwa jest niewątpliwie ważna dla szerszego zrozumienia światowej polityki edukacyjnej.

Jednak nie wydaje się, aby środowiska radykalne w najbliższym czasie wygrały ten spór. (Chyba że brak pieniędzy po prostu wymusi na nich odejście od tradycyjnego finansowania szkół, ale warunkiem będzie tu wcześniejsze całkowite opanowanie przez nich mediów i Internetu.)

Niewątpliwie tradycyjne szkolnictwo zawodowe będzie ewoluowało w kierunku kształcenia kursorycznego, krótszego, a tym samym tańszego. Dodatkowym argumentem będzie tu konieczność częstej zmiany profesji w „globalistycznym i mobilnym społeczeństwie”.

W dokumentach unijnych już mówi się o tworzeniu w miejsce szkół „wielofunkcyjnych ośrodków edukacyjnych” (Komisja Wspólnot Europejskich: Skuteczne inwestowanie w edukację). Równocześnie trudno przypuszczać, żeby władcy tego świata łatwo odpuścili kształcenie podstawowe i ogólne.

Dowodem na to niech będą ostatnie tendencje zmierzające do obniżenia wieku rozpoczynania obowiązkowej nauki, co – nawiasem pisząc – wiąże się przecież z podniesieniem kosztów edukacji. Jak widać, jeśli w grę wchodzi wczesne urabianie młodego pokolenia pieniądze muszą się znaleźć.