Sposób wychowania dzieci przez prezydenta USA i jego żonę daleki jest od stylu lewicowo-hippisowskiej anarchii lat siedemdziesiątych. W swej zewnętrznej formie Obama preferuje raczej tradycyjną pedagogikę, choć “unika skrajności”, robi kilka ukłonów w stronę „nowoczesnej pedagogiki” oraz w stare formy wtłacza typowe dla siebie lewicowe poglądy.
Tak czy inaczej prezydencka para ma dosyć racjonalne podejście do wychowania. Nie ma w nim mowy o “swobodzie wyrażania siebie”.Wręcz przeciwnie córki mają być grzeczne i uprzejme; nie ma też mowy o rozpieszczaniu czy zbyt wczesnym wchodzeniu w dorosłość. Dzieciom stawiane są rozumne ograniczenia w zakresie korzystania z telefonów komórkowych i komputerów. Dużo do myślenia daje też fakt, iż w wychowaniu pomaga babcia.
Mamy tu oczywiście kilka ustępstw na rzecz “nowoczesnej edukacji” oraz nałogowe posługiwanie się jej nowomową. Ale mimo wszystko jest to nowa jakość. Oto prominentny przedstawiciel światowej lewicy unika “pedagogicznych szaleństw” – typowych dla epoki „dzieci kwiatów”. Czyni to prawdopodobnie z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego, że tamta pedagogika jest nieskuteczna (a w końcu chodzi o własne dzieci), po drugie – dzięki wyważonemu podejściu i ustępstwom na rzecz edukacyjnej tradycji, zyskuje określone grono wyborców. Słowem – „dwa w jednym”.
(Na podstawie: Paula Spencer, Jak pierwsza para Ameryki wychowuje dzieci, „Reader’s Digest”  nr 7/2009.)