Czy rodzice katoliccy powinni zaszczepiać dzieciom umiejętność zdobywania pieniędzy? Czy jest to w ogóle umiejętność chrześcijańska? Słowem – jak edukować finansowo, by z jednej strony dziecko mogło w przyszłości zarobić na swoje utrzymanie, a z drugiej – nie przekroczyło niewidzialnej granicy, po której jest już tylko zwykła próżność i chciwości?

Dużą popularnością cieszy się ostatnio w internecie książka Roberta Kiyosaki (przy wspołautorstwie Lechter Sharon), pt. Bogaty ojciec, biedny ojciec. Książka podszyta jest trochę nutą niezdrowej sensacyjności, niemniej niejeden recenzent uznaje ją za przełomową w swoim życiu (co ciekawe, słowa uznania można wyczytać także na portalach katolickich.)

Kiyosaki stawia tezę, że szkoła nie prowadzi dzieci do bogactwa i niezależności finansowej. Powtarzane jak refren powiedzenie rodziców: „ucz się, a do czegoś dojdziesz” – nie sprawdza się w dzisiejszych czasach. Autor uważa, że ludzie uczą się, a w wielu przypadkach i tak pozostają biednymi lub żyją w niedostaku.

Warto w tym miejscu  przypomnieć, iż całkiem inną perspektywę nakreślał przed laty w głośnej książce pt. Koniec historii Francis Fykuyama. Wieścił on, że to właśnie wykształcenie sprzyja, obok rozwoju demokracji, niezależności  finansowej poszczególnych obywateli. Kiyosaki z kolei uważa, że wykształcenie owszem – tak, ale niekoniecznie to tradycyjne, szkolne!

Przyjmując perspektywę katolickiej pedagogii klasycznej trudno do końca zgodzić się z autorem Bogatego ojca, biednego ojca. Sprowadza on bowiem edukację finansową  do nauczania umiejętności technicznych związanych z funkcjonowaniem rynku walutowego oraz koncentrowania się li tylko na zdobywaniu pieniędzy.

Edukacja finansowa powinna zaś równolegle wiązać się z formowaniem pewnych ważnych cnót moralnych.  Potrzebna jest nie tylko zaradność finansowa (pozwala uczciwie zdobywać pieniądze), ale także hojność (sprawnoąć dzielenia się nimi) czy odwaga i  wytrwałość (sprawności dzięki którym można śmiało  stawiać czoła problemom i nie wycofywać się  przed nimi). Wypracowanie tych cnót moralnych będzie zabezpieczało przed pojawieniem się wad,  takich jak: chciwość, rozrzutność, skąpstwo czy tchórzostwo.

Robert Kiyosaki pisząc o finansach przeakcentowuje perspektywę własnego „egio”. Zgoda,  dążenie do niezależności finansowej zawsze należy popierać, ale wychowując do niej  w perspektywie katolickiej, trzeba wyakcentować fakt, iż zdobywa się pieniądze po to, aby… dzielić się nimi. W pierwszej kolejności z rodziną i bliskimi, w dalszej – z potrzebującymi. Perspektywa autora „Bogatego ojca…” jest nieco inna.

Nie oznacza to, że chrześcijanin nie może korzystać ze zgromadzonych dóbr. Raczej chodzi o spojrzenie na finanse z innej perspektywy. Nikt mu nie zabrania np. podróżować po świecie. Musi postępować racjonalnie (cięciwa łuku nie może być przeciągana ponad miarę – o czym wspominał już św. Tomasz z Akwinu).
Katolik również potrzebuje rozrywki i odprężenia (zwłaszcza po ciężkiej pracy). Tak więc pomimo pewnych pryncypiów trzeba zachować w tym wszystkim racjonalną postawę.

Materia edukacji finansowej jest dosyć trudna. Z jednej strony należy nauczyć dziecko umiaru w pogoni za pieniędzmi, ale jednocześnie skutecznego ich zarabiania. Mógłby ktoś powiedzieć, że istnieje w tym wewnętrzna sprzeczność, bo z jednej strony trzeba chcieć mieć pieniądze, z drugiej – zachować w stosunku do nich dystans. Ale wychowanie cnoty moralnej zawsze polega na umiejętności  znalezieniu się wśród skrajności i odszukaniu właściwego umiaru!

Pomimo tych krytycznych uwag Robert Kiyosaki ma sporo racji. Faktem jest, że człowiek zazwyczaj ugania się całe życie za pieniędzmi, pracując jako najemnik w firmach państwowych lub prywatnych, tracąc po prostu czas. Również spostrzeżenia, co do efektywności szkoły, są w zakresie przygotowywania do niezależności finansowej  w dużej mierze słuszne. Rzecz w tym, żeby ucząc zaradności finansowej nie zapominać o moralnej stronie ludzkich zachowań.