Kasztelan Antoni Dezydery Biesiekierski (zm. 1818) był wielkim panem, dziedzicem wielu miejscowości. Formalnie mieszkał w Płowcach prastarej osadzie, znanej jeszcze z okresu panowania króla Łokietka. Większość czasu spędzał jednak poza domem, gdyż pełnił obowiązki państwowe, będąc m.in. posłem na sejm.

Odznaczał się gruntowną wiedzą, a jak pisze Kajetan Kraszewski (brat Józefa), także „rzadką prawością, cnotami obywatelskiemu a nade wszystko charakterem niezłomnym”. (Cyt.za: Ze wspomnień Kasztelanica. Przyczynek do historyi obyczajów życia domowego i wychowania w końcu XVIII wieku. Ze starego rękopisu opracował Kajetan Kraszewski. Petersburg 1896; zb.cyf. polona.pl. Na podstawie tych zapisków powstał niniejszy artykuł)

Zasłużony ród

Na dowód tego przytoczmy zdarzenie z czasów rozbiorowych, gdy jako delegat „będąc wybrany do ułożenia i zawarcia z Prusami rozbiorowego traktatu (…) łakomych a niesłusznych warunków, narzucanych przez Prusaków przyjąć i podpisać nie chciał, mimo gróźb króla Fryderyka II, że mu skonfiskuje dobra” (za: K. Kraszewski, jw.).

Jeden z jego przodków podczas odsieczy wiedeńskiej wpadł do namiotu Kara Mustafy i zdobył chorągiew.

Już kilka tych faktów świadczy, że mamy do czynienia z rodem znamienitym i z człowiekiem światłym, odważnym i majętnym. Ten wstęp jest ważny, bo metoda wychowawcza, jakie stosował Kasztelan Biesiekierski będzie dla nas szokująca.

22 dzieci

Z małżeństwa z pierwszą żoną, Anielą hrabianką Zboińską, przeżyło trzech synów i trzy córki. Po jej śmierci ożenił się z Anielą Anną z Comesów na Lubrańcu Dąmbską. Z tego związku dorosłość osiągnęło pięciu synów

W sumie miał 22 dzieci, ale z uwagi na dużą śmiertelność w tamtych czasach wiele z nich zmarło.

Kasztelan większość czasu spędzał poza domem, uczestnicząc w życiu politycznym kraju. Małżonka prawdopodobnie przebywała z nim. Trudno wychowywać dzieci będąc ciągle w rozjazdach, dlatego Biesiekierski wprowadził specyficzną metodę wychowania.

Metoda wychowania

Jak wspomniałem posiadał dużo majętności, którymi kierowali zarządcy. Gdy dziecko przychodziło na świat było odsyłane „na odchowanie” do danej posiadłości, a zarządzający miał obowiązek zająć się dzieckiem do siódmego roku życia .

Kajetan Kraszewski opublikował wspomnienia jednego z synów Kasztelana, oddanych na wychowanie do takiego dzierżawcy, spisane przez jego wnuka (również Antoniego).

Oddajmy mu głos:

„Ojciec mój dostał się do ludzi bardzo zacnych i uczciwych, również jak dwaj starsi bracia jego, którzy po dojściu do lat trzech i czterech poumierali; obowiązkiem było rządcy, czy też ekonoma przy raporcie ostatnim z gospodarstwa zamieścić wiadomość, mianowicie: jaki jest remanent w kasie, w zbiorach, w stanie inwentarza i t. p. oraz dodać, że pomiędzy innemi dnia tego a tego »umarł panicz» (dz.cyt. jw.)

Dosyć szokujące jest to, że Biesiekierscy nie kontaktowali się ze swymi dziećmi, otrzymywali tylko takie suche raporty.

Dopiero w wieku 7 lat synowie i córki były zawożone do głównej siedziby rodowej, gdzie specjalny guwerner prowadził przydomową szkołę. W opisywanym przypadku dziecko nawet nie było świadome, że opiekun nie jest jego rodzonym ojcem. Można sobie wyobrazić, jakim szokiem dla chłopca było odkrycie, że jego ojcem jest ten pan a ta pani matką, a biegające wokół dzieci to siostry i bracia.

Wychowanie pobłażliwe czy „biesiekierskie”?

Problem jest taki, jak go definiuje Biesiekierski wnuk:

„Z tego całego przebiegu opowiadania mojego ojca o ówczesnym wychowaniu młodzieży, porównywając go z obecnym, możnaby postawić sobie pytanie — czy zbyteczna surowość przodków naszych, czy też łagodność, pobłażliwość i papinkowate wychowanie obecnego pokolenia, lepsze dla społeczeństwa wywołują skutki?” (dz.cyt. jw.)

Żeby było jasne, nie zamierzam stawiać takiego modelu za wzór. Jakby na to nie patrzeć było to przegięcie. Zdarza się, że dzieci oddawane są na wychowanie do rodziny w wyniku np. trudnej sytuacji finansowej, wyjazdu zagranicznego, ale rodzice starają się utrzymać kontakt z dzieckiem. Tutaj tego nie było.

Z czego wynikała taka postawa?

Człowiek starożytny, ale jak widać i ten z XVIII wieku, uznawał okres dzieciństwa za czas, w którym dopiero wykluwa się człowiek. Owszem, z chrześcijańskiego punktu widzenia, to była osoba, która miała swoją godność, ale do funkcjonowania w świecie była jeszcze niegotowa. Dlatego nie taktowano dziecka poważnie, a przede wszystkim starano się je wychowywać raczej surowo wedle znanych sobie i sprawdzonych metod.

Druga rzecz, nie podchodzono z nabożeństwem do tego, co dzisiaj nazywa się światem emocjonalnym. Pamiętajmy, że dla współczesnego człowieka miłość to przede wszystkim uczucie, dla ówczesnego, to racjonalne, planowe i konsekwentne działanie na rzecz dobra. Uleganie emocjom było generalnie przejawem słabości. Dlatego, jeśli ktoś się w takim podejściu zradykalizował, to mogło dochodzić do takich przegięć, jak na załączonym obrazku.

Wydaje się jednak, że mimo wszystko taki radykalny sposób wychowania nie był powszechny. Nie można powiedzieć, że dawny człowiek w ogóle nie czuł przywiązania emocjonalnego do swojego dziecka, bo to jest wbrew naturze, ale na pewno to przywiązanie wyrażał inaczej.

Spójrzmy na owoce

Wyobraźmy sobie, co stałoby się dzisiaj, gdyby dzieci wychowywano w taki sposób? Psycholog powie, że miałyby mnóstwo kompleksów, byłyby rozchwiane emocjonalnie, a może nawet przejawiałyby zachowania patologiczne. A jednak, jeśli ocenimy tę metodę wychowawczą biorąc za główne kryterium rezultaty, to były one pozytywne.

K. Kraszewski wyjaśnia, że tak wychowywane dzieci wyrosły na oddanych sprawom obywatelskim działaczy, wysokich rango wojskowych, a nawet uczonych. Ponadto szanowali i synowską miłością kochali ojca.

Powtarzam: brak kontaktu z dzieckiem do 7 roku życia, to nie jest model wychowania, który chciałbym lansować. Ale również metoda odmienna biegunowo, polegająca na skrajnemu rozpieszczeniu, tak typowa dla wielu współczesnych rodzin, nie jest moim ideałem. Jej rezultatem są: histeryczność, miękkość charakteru, lenistwo, próżność, brak pilności w nauce itp.

Jak zwykle trzeba szukać złotego środka, który niekoniecznie jest geometrycznym centrum, ale jest, że tak powiem „mobilny” i racjonalny. Rodzice potrzebują dużo roztropności, aby go odkryć. Celem ma być bowiem dobro dziecka rozumiane obiektywnie, a uczucia mają pomagać w realizacji tego celu, a nie przeszkadzać w nim.

Fot. ikona wpisu: ze zbiorów własnych
_______________________________________________________________

Dołącz do NEWSLETTERA i pobierz darmowy ebook

Kup książkę, ebooka, kurs o tematyce podejmowanej na blogu

form
Decyduj i walcz!
form
Wychować człowieka szlachetnego
Jak panować nad klasą? AKTUALNIE PROMOCJA!
Jak panować nad klasą?
Sztuka samowychowania

_______________________________________________________________