Niejeden ojciec to przeżywał. Po szalonej walce na dywanie, która była mieszaniną zapasów, łaskotek i przepychania, zadowolony z siebie nagle napotyka zimny wzrok żony (czasami teściowej), która ze znawstwem rzecze: “W ten sposób uczysz dziecko agresji!”

W tym momencie coś z nas uchodzi. Nie możemy w taki sposób bawić się z naszymi dziećmi? Przecież to najlepsze chwile w karierze ojca!

Ale spokojnie – niech ojcowie nie tracą nadziei. Powstała książka i strona internetowa The Art of Roughhousing (autorzy: Anthony T. DeBenedet i Lawrance J. Cohen), która obala mit o agresji związany z takimi zabawami.

Poniżej przytaczam te argumenty, które uważam za najcelniejsze.

Na poważnie i na żarty

Wbrew pozorom ojcowsko-synowskie zapasy wcale nie muszą sposobić do agresji, a nawet – uwaga – sprzyjają… uspołecznieniu. Dzięki nim synowie potrafią bowiem odróżnić zabawę od realnej walki. Wiedzą, że niektórych zachowań nie należy brać na poważnie.

Bez tej umiejętności dzieci nieustannie popadają w konflikty z rówieśnikami. Wszystko biorą na serio, obrażają się o żartobliwe zaczepki, a nawet o każde słowo, które uznają za nieprzyjazne. Oczywiście, nie tylko w ten sposób można nabyć opisywane tu umiejętności, ale “przepychanki” z tatusiami mogą być pomocne.

Jest to fragment artykułu, który wszedł do książki: ===> “Nieposłuszne dzieci, posłuszni rodzice”.

(Przy opracowaniu materiału korzystałem z artykułu: BRETT & KATE MCKAY The Importance of Roughhousing (Art of Manliness). Wspomniany tekst jest recenzją książki   The Art of Roughhousing (A. T. DeBenedet i Lawrance J. Cohen).