Z tym zarzutem spotykam się co pewien czas, zwłaszcza w kontekście mojej akcji: „Stop szkolnej indoktrynacji!”.

Jego częstotliwość sprawia, że postanowiłem bliżej mu się przyjrzeć. Być może coś rzeczywiście jest na rzeczy?

Postmodernistyczna pedagogika (patrz: antypedagogika) zanegowała potrzebę wychowania właśnie z uwagi na niebezpieczeństwo indoktrynacji.

Jej przedstawiciele rozumowali mniej więcej tak: jeśli ktoś wyznacza jakikolwiek cel wychowawczy i dąży do jego realizacji, to działa wbrew wiedzy i woli dziecka. Odejście od tego fundamentalnego założenia miało uwolnić pedagogikę od “totalitaryzmu”.

Spontaniczna zachcianka

Oczywiście jest to iluzja. Pozostawienie dziecko na pastwę „spontanicznych zachcianek”, jest również formą indoktrynacji. Antypedagogiczny sposób myślenia teoretycznie zakłada brak celu wychowania, ale ten cel dalej istnieje i ma charakter właśnie spontaniczno-anarchistyczny. Opiera się na założeniu, że uleganie własnym impulsom prowadzi do wolności, a nie samowoli.

Postmoderna zatem – wbrew temu co oficjalnie mówi – nie uwolniła pedagogiki od rzekomej “indoktrynacji”.

Ale czy rzeczywiście zawsze tu można mówić o indoktrynacji? Klasyczna pedagogika stoi na realistycznym stanowisku, że człowiek wymaga usprawnienia w sferze popędliwo-zwysłowej, intelektualnej, fizycznej czy społecznej.

I właśnie pozostawienie go samemu sobie jest przejawem zakamuflowanej manipulacji, bo pod pozorami wolnego wyboru neguje się obiektywną potrzebę usprawniania młodego człowieka.

W tym kontekście pedagodzy klasyczni, gdy mówią o obiektywnym celu wychowania nie są indoktrynerami! Są nimi raczej ci, którzy pozornie odrzucają jakiekolwiek cele wychowawcze, a tak naprawdę w wyrafinowany sposób kształtują człowieka zgodnie z własną koncepcją filozoficzną.

Iluzja wolność

Pedagogicznym indoktrynerem można być nie tylko w odniesieniu do celu, ale również stosowanych metod i środków wychowawczych.

Tu z kolei mamy fenomen pedagogicznych demokratów (modernistów?), którzy nie negują potrzeby wychowywania dzieci w ogóle i ,,do czegoś”: do tolerancji, do wolności, do demokracji, do wielokulturowości itd. Problem według nich polega na stosowanych środkach.

Jeżeli wychowawca stosuje “totalitarne metody”, nie pozostawiając dziecku swobody, wówczas automatycznie staje się manipulatorem. W domyśle jest nim każdy pedagog, który odwołuje się do koncepcji klasycznych.

Wzorem wychowania w duchu “wolnościowej iluzji” był sam Jak Jakub Rousseau, który pisał: “Bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie” (cyt. za: A. Miller).

Warto zwrócić uwagę, że jest to metoda analogiczna do tej, którą posługują się tzw. “demokraci” w działalności publicznej. Niby wszyscy są wolni, niby wszyscy mają prawa obywatelskie, ale istnieje niewidzialna linia przewodnia (N. Chomsky – człowiek nie z mojej bajki, ale akurat tu ma rację), która sama narzuca się słuchaczom i czytelnikom, dzięki różnym trikom medialnym.

W omawianej pedagogice też mówi się o wolności czy tolerancji w wychowaniu, ale w praktyce obowiązuje wychowanie w duchu politycznie poprawnych ideologii, narzucanych przez tzw. “salon”.

I tym sposobem ci, co zarzucają innym “pedagogiczną indoktrynację”, sami manipulują dziećmi i to w sposób niemal doskonały. Lansowana przez nich “iluzja wolności” ma dać lepsze efekty wychowawcze poprzez zastosowanie “wolnościowego znieczulenia”.

Działa to tak: ciągła gadanina o otwartości, tolerancji, wolności sprawia, że uśpiona zostaje czujność i wówczas manipulacja staje się skuteczniejsza.

* * *

Koniec końców tak rozpowszechniona dziś postawa wolnościowa w edukacji w wielu przypadkach jest jedynie wysubtelnioną manipulacją. Paradoksalnie zaś pedagodzy klasyczni, którzy unikają wolnościowej demagogii i z reguły jasno precyzują swoje cele oraz metody, nie mogą być nazywani indoktrynerami.

Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak negatywnie odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule tego postu.