Klasyczne argumenty w rodzaju „ucz się to będziesz bogaty”, albo „ucz się, to do czegoś w życiu dojdziesz”, mogą okazać się dzisiaj mało skuteczne. Co bardziej rozgarniętych gimnazjalistów mogą nawet rozśmieszać.

Dobrze bowiem wiedzą, że poza kilkoma obleganymi kierunkami na studiach, nie mają większych perspektyw na karierę. Jeśli zatem uznają, że elitarne kierunki są poza ich zasięgiem, a pozostałe nie dają perspektywy dostatniego życia, trudno będzie im wskrzesić w sobie odpowiednią motywację do ślęczenia nad książkami

Mądrość czy pieniądze?

Wspomniałem o motywacji finansowej, bo jest ona zazwyczaj stawiana na pierwszym miejscu. Niemniej, patrząc na sprawę z perspektywy edukacji klasycznej, trudno pogodzić się z takim podejściem. Celem (w perspektywie doczesnej) ma być mądrość i wiedza, a nie gospodarka czy finanse. Człowiek uczy się, by poznawać prawdę, by mieć rozeznanie w świecie, rozumieć ludzką naturę, rozwinąć potencjał umysłowy itp.

motywacja do nauki
Fot. Zbiory własne

Powie ktoś: „Mrzonki. Kasa się liczy, a nie jakaś tam prawda i mądrość”.

Rzecz w tym, że mądrość i zdobycie wraz z nią określonego potencjału intelektualnego nie wyklucza radzenia sobie także w sferze finansowej.

Chodzi tylko o przywrócenie właściwej hierarchii celów. Gdy to się uda, to nawet brak realnych perspektyw na poprawę sytuacji finansowej dzięki piątce z polskiego czy matematyki nie będzie hamulcem w nauce.

Czy takie ukierunkowanie naszej argumentacji przemówi do dorastającego chłopaka lub dziewczyny? Część, zarówno dzieci, jak i rodziców, prawdopodobnie nie będzie wiedziała o czym w ogóle mowa. Ale gdybyśmy nawet należeli do tych wyjątków, którzy tradycyjnie pojmują cele edukacji, to nasze argumenty i tak nie muszą się przełożyć na działania. Potrzebny jest jeszcze jeden „czynnik wyzwalający”. Zanim jednak o tym czynniku poruszę wcześniej kilka innych ważnych kwestii.

Nauka jest pracą, a nie zabawą

Bardzo często słyszymy argument, że oto na początku września ufne i radosne dzieciaki maszerują do szkoły, a po kilku tygodniach już im się szkoły odechciewa. Zarzut: szkoła źle funkcjonuje. Nie powiem, że szkoła funkcjonuje idealnie, ale w tym przypadku nie przesadzałbym z winą szkoły. Zazwyczaj ten zarzut wynika z niezrozumienia ludzkiej natury.

Dziecko idzie ufne do szkoły, bo tam czeka je: nowość, odmiana, przygoda, koledzy, koleżanki. Po kilku dniach, gdy wszystko się już opatrzy, znudzi, a pozostaje tylko codzienna praca, dzieciak traci swój naturalny entuzjazm. Zdziwiłbym się, gdyby ten pierwszy entuzjazm trwał ciągle.

Musimy uświadomić sobie podstawowy fakt: nauka nie jest radością, lecz trudem. Owszem, do pewnego momentu, gdy jest zgodna z zainteresowaniami, może dawać radość, ale nigdy nie uda się tej radości rozciągnąć na całość pracy poznawczej. Na przykład, opracowując artykuły lubię porządkować informacje na dany temat, wysnuwać wnioski, ale nie lubię ostatecznego redagowania tekstu, poprawiania itd. Gdzieś kończy się przyjemność i zaczyna mozolna, nudna praca.

Podobnie jest z uczeniem się w kontekście szkolnym. Pisanie liter, zapamiętywanie wierszy, regułek, wiąże się z wysiłkiem i nudą. Dziecko, które do tej pory tylko bawiło się, w naturalny sposób będzie się buntowało. O wiele przyjemniej jest przecież pograć na komputerze czy pobawić się zabawkami, niż odrabiać lekcje.

Nauczanie jako radość

Jednym z rozwiązań tego dylematu ma być koncept, polegający na zamianie nauki w zabawę. Pomysł, by ze szkoły zrobić park rozrywki jest jakimś tam wyjściem z sytuacji, ale z mojej perspektywy jest to koncept, który po pierwsze – ciągnie za sobą pełen wagon różnych współczesnych ideologii, po drugie – na dłuższą metę się nie sprawdza.

Pewien trend w pedagogice, tak mniej więcej od czasów J.J. Rousseau, forsuje tezę, że nauczanie powinno być spontaniczne i radosne. Do tej idei nawiązują współczesne kierunki. Nie należy przesadzać w drugą stronę (tzn. obrzydzać uczenia się np. przez stawianie zbyt dużych wymagań), ale zamiana uczenia się w zabawę, to na dłuższą metę ślepa uliczka.

Ślepa uliczka

Człowiek każdego dnia, jak zauważył F. W. Foerster, jest zmuszany robić wiele rzeczy, których nie chce. W życiu dziecka, to odrabianie lekcji jest właśnie jedną z tych rzeczy. Im wcześniej się przyzwyczai do robienia rzeczy trudnych i nudnych, tym lepiej dla niego. Powtórzę jeszcze raz: nie można tu przesadzać, ale trudu, pokonywania „oporu woli”, nie da się w obejść.

Oczywiście można odkładać ten moment na później i wymyślać wciąż nowe sposoby, by nauka była zabawą, wykonywaną chętnie i radośnie. Pomijając fakt, że jest to praktycznie trudne do osiągnięcia, to właściwie: dlaczego dążyć do tego za wszelką cenę? Skoro kilkadziesiąt lat temu dzieci maszerowały do szkoły i uczyły się w miarę chętnie, dlaczego dzisiaj nie mogą? Co się stało, że współcześnie mają się bawić, a nie uczyć?

Znaczenie ciekawości

Od starożytności wiadomo, że głównym motywatorem poznawania jest ciekawość. Jeśli uczeń nie jest zainteresowane czytaniem, pisaniem i potrzebna jest zabawa, aby fortelem nauczyć go tych umiejętności, to czy problem leży w metodzie, czy w samym dziecku?

Co zabiło naturalną ciekawość maluchów? Problem, jak widać, jest głębszy, społeczny i nie należy wiązać wszystkiego z brakiem dydaktyki zabawy. Ciekawość świata jest naturalna, ale coś ją zabiło. To coś, to między innymi media i generalnie dominacja kultury obrazkowej, która niszczy naturalną ciekawość, wypełniając wyobraźnię obrazkowymi gotowcami.

Czynnik decydujący

Teraz przejdźmy do wspomnianego wyżej „czynnika decydującego”. Do braku ciekawości dołącza się lenistwo, czyli lęk przed trudem. Dziecko rozleniwione w sposób naturalny unika wysiłku. Gdy od najmłodszych lat było wychowywane przed komputerem, albo telewizorem, wówczas sytuacja, w której ma się uczyć, a mu „nie chce się”, będzie problemem.

Pokonywanie „nie chce mi się ” powinno rozpocząć się jak najszybciej i należy unikać „pułapki zabawy”.

U większości uczniów tak naprawdę problemem nie jest nauka, sposób jej wykładania przez nauczyciela, tylko pewna miękkość psychiki, która nie znosi wysiłku. Gdy przyzwyczaimy dziecko do wysiłku, gdy nie będzie on już taki nużący, wówczas „cały świat się nagle wypogodzi”.

Wytworzy się pewna łatwość przezwyciężania „oporu woli”, a tym samym pojawi się większa szansa na skuteczne, codzienne zdobywanie wiedzy i na czerpanie z niej radości. Gdy bowiem dziecko zobaczy efekty swojej pracy (np. dobre stopnie), to obudzi się w nim jeszcze większa motywacja do znoszenia niewygody i dodatkowo zrodzą się pierwsze zainteresowania stricte naukowe.

A ci co nauczają zabawowo, będą zmuszeni wciąż wymyślać nowe triki, by czegoś w ogóle dziecko nauczyć, aż do granicy, gdzie zabawa stanie się niemożliwa (bo życie nie jest zabawą). Co wtedy? Trzeba będzie w końcu zacząć przyzwyczajać do wysiłku.

Wnioski: jak motywować do nauki?

1. Uświadomić dziecku: po co właściwie zdobywa wiedzę? Jaka jest hierarchia celów? Wyakcentować znaczenie mądrości, prawdy i znaleźć odpowiednie miejsce dla motywacji finansowej.

2. Rozbudzać właściwą ciekawość świata, między innymi przez odpowiednie dozowanie „kultury obrazkowej”.

3. Przyzwyczajać do pokonywania trudu, aby z czasem wykształcić łatwość uczenia się i tym samym wzmocnić motywację do nauki.

_______________________________________________________________

Dołącz do NEWSLETTERA i pobierz darmowy ebook

Kup książkę, ebooka, kurs o tematyce podejmowanej na blogu

form
Decyduj i walcz!
form
Wychować człowieka szlachetnego
Jak panować nad klasą? AKTUALNIE PROMOCJA!
Jak panować nad klasą?
Sztuka samowychowania

_______________________________________________________________